Dlaczego diety są bezskuteczne
W poprzednim odcinku obiecałem, że po zwiedzaniu Modlina zjemy coś dobrego. Czas dotrzymać słowa i zaproponować Państwu coś na ruszt.
W poprzednim odcinku obiecałem, że po zwiedzaniu Modlina zjemy coś dobrego. Czas dotrzymać słowa i zaproponować Państwu coś na ruszt.
A ponieważ jak jem to cały świat dla mnie nie istnieje to ten tekst nie wzbogacimy zdjęciami. Bo niby czego? Potraw? Knajp? Pustych flaszek? Widelcy czy talerzy? Tak, więc proszę o wybaczenie i obudzenie wyobraźni karmionej słowami i opisami.
Jesteśmy (jeszcze) na terenie Twierdzy Modlin? Świetnie! Dokładniej przy Wieży Tatarskiej? Świetnie! A więc zaczynamy od deseru!
I to jest właśnie odpowiedź na pytanie zawarte w tytule ? dlaczego diety są nieskuteczne. Wasze Matki zakrzyknęłyby ze zgrozą: ?Deser? Przed obiadem?!?. A ja zawsze przekornie ? a dlaczego by nie? a dlaczego by nie zjeść deseru i przed i po obiedzie???? Jest to zgodne z moją taktyką walki z pokusami ? uleganie im. A jeśli chodzi o jedzenie to? jestem kompletnie bez szans.
Na deser proponuję udać się do cukierni koło drewnianego kościoła. Cukiernia mieści się w niskim baraku (nie łudźmy się ? pewnie kiedyś miał przeznaczenie militarne - ale ... nie wnikajmy). Ciężko jest ją znaleźć. Miejscowi powinni wskazać drogę. (No chyba, że jest to tajemnica wojskowa. Ale miejmy nadzieję, że w NATO nie przewiduje się rozstrzeliwania podejrzanych bez sądu i na miejscu).
Znaleźliście? Super! Widzicie jaka to niezwykła cukiernia? Szyld ? lata 70. ? wypisz, wymaluj. A w środku - wystrój daleki od bezosobowej sterylności regałów hipermarketowych. Ta cukierenka ma styl! Ma styl zatrzymanego w czasie wspomnienia. Lata 70.? Lata 80.? Nie wiem. Ale wiem, że ten styl zatrzymał się również w wyrobach. Nie jakieś przeraźliwie słodkie, bezsmakowe wyroby masowe. O nie! Tam ciasta i ciastka mają smak. Mają charakter. Są rozpoznawalne na każdym stole. Przez każde podniebienie. Nie od parady na ścianach wiszą dyplomy mistrzowskie Mistrza Szarowa! On wie jak zatrzymać to co dobre. No może ciut za bardzo kaloryczne ale ?.patrz: taktyka walki z pokusami na dziś. A więc ulegamy! Wybieramy! Przebieramy! Dobra wieść ? proszę jeść! Ale nie na miejscu. Nie ma gdzie przysiąść. Więc sympatyczna pani w białym fartuszku zapakuje nam wszystko w śnieżnobiały papier i bierzemy na wynos! (Wy naprawdę myśleliście, że zaproponuję Wam deser przed obiadem??? No i mieliście racje ? weźcie po ciachu do ręki i do samochodów!)
Zaraz, zaraz. Przecież nie wiadomo kiedy będziecie czytali ten tekst. To, że ja piszę go ciemną nocą wśród trzaskających mrozów w lutym AD 2008 (ach! co to była za zima ?temperatury minusowe to były? chyba tylko u mnie w lodowce. U Ciebie też Drogi Czytelniku? Aha, no to jest nas więcej. ), to wcale nie znaczy, że jakiś sympatyczny Aktywny Singielek lub Aktywna Singielka nie przeczytają tego w środku lata. A wtedy? Skucha! Bo cukiernia ma coś jeszcze ciekawego w ofercie ? lody! Nie, nie bierzcie tych z lodowki. Be! Kupicie takie na każdym CPNie (kto jeszcze pamięta co to?), w supermarkecie czy przydrożnym spożywczaku. Nie, nie i jeszcze raz nie! Lody, prawdziwe lody, są sprzedawane u lady.
Jest do tego cały ceremoniał. Trzeba podejść do kasy (3 kroki ? mierzyłem!), zapłacić, pani wyda metalowy żeton (ot, taka blaszka) i z tym żetonem (2 kroki bo łakomstwo dodaje skrzydeł) trzeba udać się do pani nakładającej lody. Metalowy żeton?. Wspomnienie dzieciństwa. Później były plastikowe. Ale one były za lekkie. Nie czuło się w dłoni wagi tego przedmiotu, który za moment wymieniało się na lody w wafelku.
Lody w wafelku. Jakie lubisz smaki? Zapomnij! Masz 2, góra 3! Śmietankowy (a może waniliowy?), czekoladowy (a może kakaowy?) i ten trzeci ? truskawkowy. Ja zawsze biorę skromnie ? po jednym każdego. A że podchodzę 2 razy... no cóż ? łakomstwo uskrzydla.
Zawsze, kiedy po raz pierwszy kubeczki smakowe okryje smak tego loda doznaję niesamowitego uczucia. Znów jestem małym chłopcem, który po kościele wydawał wyżebrane gdzieś drobniaki. Wehikuł czasu! Te lody to lody o smaku wspomnień, nostalgicznej tęsknoty za szczenięcymi latami, gdy jedynym pragnieniem było mieć na lody następnej niedzieli! Ten smak jest prawdziwy! Nie podbijany jakimiś witaminkami E ? coś tam. Konserwanty? Nie wierzę, że są. Wydaje się, że konserwuje je chłód i błyskawiczna sprzedaż! To jest prawdziwa gwarancja świeżości.
A lody truskawkowe? To lody z kawałkami prawdziwych truskawek. Oczywiście tylko w sezonie truskawkowym. Nic nie oszukiwane!
Lody z cukierni w Modlinie?. Rozpływam się na ich wspomnienie.
No nic - ruszajmy! Jedzonko woła!
Zaproponuję Wam dwa miejsca. No może trzy (jak będziecie grzecznie czytać do końca). A może więcej?.
Pierwsze bliziutko. Pamiętacie Bramę Ostrołęcką? Więc jedziemy. Kto pamięta jak dojechać. Ja! Ktoś jeszcze? Zapytać tubylców (licząc, że w NATO?)
Historia nowożytna Bramy (ta po wyprowadzeniu się wojska) jest prosta. Obiekt długi czas stał zabity dechami i czekał lepszych czasów. I te lepsze czasy nadeszły. Kupił go prywatny właściciel. Powolutku, krok po kroczku, właściciel zaczął obiekt remontować. I pewnego dni otworzyły się wrota. Wpuszczono gości. Na początek skromnie. Potem pojawiły się parasolki. Potem więcej. Potem mini plac zabaw. I zaczęło być przyjemnie. Zwłaszcza latem. Oczywiście nie jeśli ktoś wpadł aby coś szybko przekąsić. W lecie niestety czeka się i czeka? Wszystkie dowcipy o powolnych kelnerach przypominają się. Ale może to ja jestem rozpuszczony, rozwydrzony obsługą w fast foodach? Może to właśnie tak powinno być ? przyjść z rodziną na niedzielny obiad, dzieci niech się bawią na huśtawce i zjeżdżalni. A jedzenie swoim powolnym tempem będzie wjeżdżało na stoły.
W zimie sytuacja jest lepsza. Nie ma parasolek (ani spadochronu). Trzeba wejść do środka. A w środku...
A w środku jest sympatyczna knajpka. Urządzona w stylu militarnym. Ale nie jakieś zbroje, szable na ścianach i obrazy szarżującej husarii. Nie. Styl militarny, współczesny. Nieco siermiężnie. Ale całkiem na miejscu ta siermiężność. Nawet nie ma czasu i ochoty zastanawiać się na tym. Wystrój to strzał w dziesiątkę!
Jest tylko kilka stolików. To gwarantuj szybką obsługę. Kiedy byłem tam ostatnio (na początku stycznia AD 2008) szybkość serwisu miło mnie zaskoczyła. Do stołu podeszła Pani Kelnerka (bardzo sympatyczna zresztą) i przyniosła menu. To znaczy przyniosła stare wojskowe mapowniki a w nich menu. Wszystko w stylu ? nawet te mapowniki są genialnym pomysłem!
Co polecam? Ja zawsze biorę pieliemieni ? małe rosyjskie pierożki. Ich wadą jest oryginalny rozmiar ? są tak małe, że je się je wkładając całe pojedynczo do buzi. Ale w smaku są po prostu niezapomniane.
Oczywiście są też i inne przysmaki. Ale ? proszę próbować samemu. Żeby nie było później na mnie. Chcecie wziąć solankę ? psze bardzo. Pycha!
A więc brać, wybierać i zajadać!
No dobrze co by tu jeszcze Wam polecić. W okolicach Modlina jest jeszcze jeden ośrodek. Na plaży. Kilka domków. Bar z daniami z grilla i innymi. Ale bez wzlotów. Drogo, hałaśliwie i bez polotu. A wypożyczalnia kajaków... Nie idźcie tam! To jedyne miejsce na kuli ziemskiej, które oferuje progresywny cennik za wypożyczenie sprzętu (2 godziny pływania kajakiem kosztują drożej niż 2 razy po godzinie ? paranoja, ale nie mam ochoty się nimi kłócić ? dlatego wszystkich znajomych i nieznajomych ostrzegam ? nie chodźcie tam! Poczekajmy aż im rura zmięknie!)
A więc, pomimo zachęcającej nazwy SUM (po łacinie), ja Wam to miejsce odradzam. Żeby nie było, że nie mówiłem!
Jedziemy?
Przenieśmy się więc do Serocka. Drogą przez Pomiechówek to jakieś 40 km. Przecież to tylko chwila przez wspaniałą okolicę. Dla prawdziwych twardzieli to nie dystans. Tylko uwaga ? po drodze łapią! (Już Wy dobrze wiecie kto...)
Jest kilka miejsc, o których chciałbym Wam opowiedzieć. Dlatego po dojechaniu do Serocka skręcamy w lewo, na Pułtusk!
Dawno, dawno temu, przez ponad 30 lat, na rozstaju dróg z Serocka do Pułtuska i Wyszkowa była restauracja Pod Złotym Linem. Nie będę opisywał, że była wyśmienita. Skoro istniała od 1967 to zdążyli się nauczyć. A specjalnością był lin w śmietanie. Palce lizać! W 2003 restauracja ta przeniosła się dalej o 10 km w stronę Pułtuska. Byłem w nowej lokalizacji. Niestety bardzo przykre, stołówkowe wrażenie. Jakieś płytki na podłodze, jakaś dudniąca pogłosem przestrzeń restauracyjna. Kelnerzy, fachowcy, ale nie daj Boże. Porcje ? gigantyczne. Rachunki ? szkoda gadać, nie na każdą kieszeń. No więc niestety, w nowej lokalizacji nie powiodło się im. Oficjalnie zakończyli działalność pod koniec 2005 r. Szkoda. To była naprawdę firma z tradycjami.
Na miejscu starej restauracji Pod Złotym Linem jest inna, nowa. Złoty Lin. Byłem tam raz. Dawno, dawno temu. Jak się otworzyła (kto uważnie czyta ten wie, że było to w roku...)
Wrażenia? No cóż? restauracja z zadęciem. Klasa! Eleganckie wnętrze. Młodzi, przystojni kelnerzy. Urocze kelnerki. Kwiat młodzieży. Ubrani elegancko. Nie pamiętam wystroju. Pewnie się już zmienił. Ale pamiętam, że wziąłem lina w śmietanie. Tak dla porównania. Moi przyjaciele też coś wzięli. Smakowało nam. Było naprawdę dobre. No cóż, dobre restauracje mają to do siebie ? najczęściej serwują dobre jedzenie.
Jednak czegoś mi tam brakowało. Jakiejś atmosfery. Oczywiście ? wystrój na medal, kelnerzy ? prima sort. Rachunku? O nie! Tego to mi nie brakowało! I na szczęście limitu na karcie też później starczyło (a było przecież bez wina!).
Nie wiem jak jest tam dziś. Obiecuję sprawdzić jak mnie tam dobre bogi zaniosą.
W sezonie letnim, przed mostem, jest kilka smażalni. Nie polecam. Taki smażalnie bez wyrazu. Lata 70. w najgorszym wydaniu (pamiętacie w Misiu nakładanie kaszy i uprzejme słowo ?Proszę?). Oczywiście ? jeśli umieracie z głodu albo do wypłaty zostało jeszcze kilka dni to zajrzyjcie tam. Solidne smażone ryby bez polotu.
A więc nawrót ? kierunek na Zegrze. Trzeba się przecisnąć przez korek w Serocku (doprawdy nie wiem, czemu to tam się korkuje ? że niby droga na Mazury?) i uważać na lewą stronę. Na samych peryferiach, tak jak już powiedziałem po lewej stronie, jest budynek z czerwonym dachem. Zajazd Pod Złotym Okoniem!
Jak dla mnie to możemy tu kończyć. Jeśli by była jakaś wolna leżanka na pięterku to chętnie bym tam zamieszkał. Taka kuchnia!
Ale po kolei. Wjedźmy na parking. Uważnie patrzcie. Jest miejsce? Jak dużo samochodów to w środku nabite do granic wytrzymałości. I nie szkodzi, że w lecie jest ogródek. W tył zwrot ? kuchnia sobie nie radzi z nadmiarem gości. Podają wtedy zimne, niedosmażone, niedopieczone, niedorobione. I trzeba długo czekać. Nawet godzinę. Więc powtarzam ? jak w sezonie (albo w porze obiadowej) i jest dużo na parkingu aut ? w tył zwrot. Nie warto wchodzić. Ale zanim podejmiecie tą tragiczną decyzję to polecam zajrzeć do sklepiku (po prawej, zaraz za bramą). Jest tam sklep rybny chociaż w oczy rzuca się szyld Art. Wędkarskie. Zaraz za nim jest jakieś rożno ? no nie wiem czy w tym miejscu, mając smaka na rybkę, będzie Wam pieczony kurczak smakował. Ale zajrzyjcie do sklepu rybnego (tego z art. wędkarskimi). Ja wiem, może nie wyglądać zachęcająco. Ale są tam żywe ryby (które zostawiamy pechowym wędkarzom którzy obiecali połowicy rybkę na obiad) i ryby w różnych formach przetworzenia: mrożone, chłodzone, wędzone i marynowane. Polecam wędzone. Są dobre. Ale tak naprawdę to rzućcie okiem na lodówkę ze słojami z rybami marynowanymi. Smażone marynowane ryby. Różne. Są odlotowe!!! Ja zawsze biorę najtańsze ? leszcze. Są pyszne. Ości? Nie, nie ma ości!!! Ocet wszystko rozpuścił, zmiękczył. Można je pochłonąć za jednym podejściem. Cały słój. Przynajmniej ja ? w końcu jestem chodzącą pochwałą łakomstwa.
Dobrze. Zakupy zrobione? To może jednak rzućcie okiem do restauracji. Są wolne miejsca? Są? Są! Wchodzimy!
Wystrój jest oszałamiająco przytulny. Dość duże stoły, z ławami. Stylowe. Solidne. Ściany wyłożone białym kamieniem. Dominuje ciemne drewno. Firanki. I kominek. Kiedy na dworze trzaskające mrozy to można sobie przed kominkiem miło zasiąść. Ze szklanką czegoś dobrego.
Przy bufecie nie warto się zatrzymywać ? biegiem miejsce zająć! Ale kiedy już to się zrobi to zapraszam do lady chłodniczej. Są tam rybki w galarecie i inne zimne przekąski. I, co najważniejsze, można je dostać od razu jak kelner przyjmie zamówienie. To ważne ? wszak mamy kilka kilometrów ... w nogach? kołach?
Obsługa lokalu znacznie się poprawiła. Jak nie ma przepełnienia świetnie sobie radzą! O! Już podchodzi kelner (albo kelnerka) i podają menu.
Co wybrać? Zacznijmy od zup. Teoretycznie rybna ? ale ja jej nie lubię takiej. Jest jak rosołek. W wersji z rybką są w niej gotowane kawałki sandacza. I warzywa. Tą ewentualnie polecam jako coś nowego, ciekawego Wam się zachciało. Są też zupy ?normalne?, polskie. Można się pokusić, jeśli bardzo człowiek zziębnięty przyjechał. Tylko uwaga ? zupy nie zawsze gorące podają. Czasami są po prostu... ciepłe.
Ale najważniejsze są ryby! Smażone: szczupak, karp, sandacz. No czytajcie sami! Pycha! A okonie? Rewelacja! Małe białe kawałki filetów smażone w panierce. Tak, tak ? dobrze czytacie: filety okoni są bez ości! Ale szczytem kulinarnego szaleństwa są ryby zapiekane w sosie śmietanowo- pomidorowym (lub grzybowym). Najlepiej lin albo sandacz. Pycha! Mistrzostwo świata. Uwielbiam ten moment, kiedy wjeżdża ten gorący półmisek z zapiekaną rybką. Gorąca! Pyszna! Pachnąca! Jej smak można opisać jako? Nie, nie można opisać. Trzeba samemu doświadczyć tego momentu, kiedy kawałek gorącej ryby, umoczonej w gęstym sosie, wyląduje w naszych ustach. Kiedy poprzez chwilowe osłupienie ciepłem potrawy zacznie do nas dobiegać jej smak. Delikatny. Przebity lekką kwasowością pomidorów. Lub łagodnym aksamitem grzybów. A wszystko to na bazie śmietany. Gęsty, cudowny sos. Rozlewający się po kubkach smakowych na przemian łagodnością śmietany, akcentem warzywnym lub grzybowym, przyprawami. I ryba, która przeszła tymi wszystkimi wonnościami, cudownościami! Na pohybel kaloriom! Tą rybę można jeść ciągle i na okrągło! Ja preferuję z chlebem, bo dodaje jeszcze lekkiej kwaskowatości.
Deser... zaraz, zaraz ale deser to my mamy chyba w bagażniku? Jeśli nie to przykro mi ale nic nie polecę!
Rachuneczek? Nie wiem, ale ja mam zawsze wrażenie, że jest nieduży. Kwestia sporna. A może w poobiednim błogostanie pełnego brzucha zmienia mi się percepcja tych cyferek na papierku?
A tu warto słowo wtrącić o rachunkach. Ryby są zazwyczaj sprzedawane na wagę. Wszędzie. Chcecie dużą porcję? Nie ma co się wdzięczyć do kelnerki. Trzeba jej to powiedzieć. Ale uwaga - będzie to miało odzwierciedlenie w rachunku. Strasznie mnie irytowało Pod Złotym Linem, że kelnerzy nie pytali ile chcę rybki tylko wciskali na maxa. Żadna radocha jak się pół zostawia na talerzu. Albo dojada na siłę! Na szczęście Pod Złotym Okoniem nie stosują jeszcze tej praktyk! Za to też ich lubię!
Słowo o otoczeniu Zajazdu. Jest sympatyczne. A to rybki pływające w stawie. A to małpi gaj dla dzieci. A to koniki. Tak więc można tu przyjechać nie tylko coś zjeść ale również spędzić ciekawie i beztrosko czas.
Pora wracać do Warszawy. Są owszem jeszcze sympatyczne knajpki nad Zalewem Zegrzyńskim. Można zajrzeć do Greka (po prawej, może ze 2 km od ronda po skręcie na Nieporęt). Dobra, solidna kuchnia. Albo Pod Strzechą (od razu poznacie o co chodzi bo to bardzo charakterystyczny budynek który uczciwie na wejściu ostrzega ? Tu nie MacDonald, tu na jedzenie się czeka). Taka stylizowana na ludowo karczma ale nie powalająca gastronomicznie. Jest też fajna knajpka w Białobrzegach (chyba U Bosmana) z małym zoo. A kuchnia ? przyzwoita, warta swojej ceny.
Jedziemy przez Legionowo? Jasne! Tam proponuję zatrzymać się w MacDonaldzie, kupić kawę i w końcu zjeść to ciasto z bagażnika! Smacznego! Na pohybel kaloriom!
_______ Paweł - Pjast __________
Aktualne imprezy
Wczasy na nartach dla singli - Szklarska Poręba,
Drodzy Single! Przygotowaliśmy dla Was dwie wyjątkowe oferty wyjazdowe w jedne z piękniejszych z polskich gór, czyli Sudety. Pierwsza spodoba się zapewne tym z Was, którzy lubią jeździć na nartach oraz chcieliby spróbować swoich sił w tym sporcie. Druga przypadnie do gustu tym singlom, którzy bardziej niż zimowego szaleństwa poszukują wytchnienia wśród górskiej przyrody. Miejscem docelowym jest Szklarska Poręba, plus w zależności od oferty dodatkowe atrakcje. Serdecznie zapraszamy do zapoznania się z naszą ofertą!
Kurs nauki gry w brydża dla początkujących
Zapraszamy wszystkich chętnych (początkujących graczy i tych co trochę już w tę grę grali), którzy chcieliby rozwinąć swoje umiejętności gry w brydża. Poznasz wyrafinowane techniki brydżowe pod czujnym okiem arcymistrza i spędzisz miło czas w gronie podobnych sobie pasjonatów.
Narty dla singli w Muszynie
Zapraszamy na wyjazd narciarski na tydzień do MUSZYNY - uzdrowiska którego do głównych walorów należą - klimat, estetyczne walory krajobrazowe cechujące sie obfitością lasów, czyste powietrze, cisza i spokój oraz duże zasoby naturalnych wód mineralnych.
reklama
Brak komentarzy.