Znasz to uczcie ciężkości... kiedy wiesz że czaka Cię cos ważnego, trudnego do zrobienia?
Jestem obserwatorką rzeczywistości- obserwuje, przyglądam się ludziom, sytuacjom ,rzeczom... godzinna podróż busem to dla mnie przyjemność-obserwuje słucham-jestem lekka... a dziś od rana towarzyszyło mi uczucie ciężkości- wagi sytuacji, ważności tego co przede mną... spacer przez prawie całe miasto-dziś tez był ciężki, niespokojny... zdenerwowana, rozkojarzona szłam na uczelnie-dziś zdawałam kolejny egzamin...
Po nie przespanej nocy-no bo tanecznej;) po bardzo wczesnym ranku-no bo jeszcze coś zostało do doczytania-jeszcze cos do zapamiętania...
Wbiegam na uczelnie-już spóźniona... wbiegam na korytarz i widzę uśmiechnięte, znajome twarze.. i pytania- „co Ty tu robisz, Oni już piszą, profesorka zrobiła pisemny...no bo My tylko po wpisy do indeksu”...
ale jak to już piszą... zakładałam standardowe spóźnienie ok. 15 minut pani profesor-a tu zonk - była punktualnie- no cóż ja nie byłam punktualnie...
Ale przecież ja wolą odpowiadać... mój umysł znacznie lepiej pracuje kiedy mam przed sobą powiedzmy „autorytet” a niżeli pustą kartkę... zdecydowanie wole rozmawiać, mówić niż pisać -jeśli chodzi o egzaminy...
okazało się że jednak na ustny jest kilka osób...
Powtarzam sobie w myślach- spokojnie, spokojnie, na pewno zdasz, spokojnie-w kółko i bez końca-no bo nie ma innej opcji... a pozytywne nastawienie działa cuda-zapewniam...
I ten moment jeszcze nie pewności... tłumaczenie czemu podchodzę do egzaminu dopiero teraz...wyjaśniam dwie specjalizacje, nakładające się terminy.. nie, nie mam dokumentu o indywidualny tok sesji -tak-wiem powinnam go przedłożyć...
ale dobrze-może pani podejść do egzaminu... ufff...
i jeszcze moment zdenerwowania podczas losowania pytań... jeszcze jestem zdenerwowana... i kiedy mam jeszcze czas na przygotowanie się w głowie panika... nic nie wiem, nic nie pamiętam... i próbuje się uspokoić... pytania nie bardzo mi podeszły-mogłam wylosować znacznie lepiej-ale nic... przecież już nie ma odwrotu...
przysłuchuję się nieporadnym, zdenerwowanym wypowiedziom poprzedniczek... są przygotowane- rozmawiałyśmy przed egzaminem.. ale teraz zupełnie to nie wychodzi... stres, zdenerwowanie robią swoje...
W momencie kiedy przychodzi mój czas na odpowiedź - wszystko mija... jestem spokojna... jestem opanowana... mój głos jest pewny, precyzyjnie dobieram słowa... z uśmiechem, pogodą, patrzę profesorce w twarz a słowa płyną... nawet stać mnie na żartobliwa iluzję do omawianej tematyki... w umyślę odtwarzam sobie to co się uczyłam-moje wykresy, kolory, zaznaczenia...
mam wrażenie że to zupełnie inna ja- tak jak bym przyglądała się sobie z boku... skąd ta dziewczyna ma w sobie tyle opanowania... no skąd...
profesorka przerywa mi w pół zdania- dziękuje, więcej nie trzeba... wpisuje ocenę do indeksu... a ja taka zaskoczona-jak to już... tyle...
dostaje indeks do ręki... dziękuje.. moje uśmiechnięte „do widzenia”
wychodząc na korytarz sprawdzam ocenę- i widnieje tam piękne 5.0... wraca rozdygotanie, zdenerwowanie... i śmiech na cały głos- chyba rozpłynę się ze szczęścia...5.0 nie możliwe...;) sprawdzam jeszcze rak... i ciągle tam jest...;)
I powrót na przystanek jest już zupełnie inny... lekki...pełny radości...z nów spokojnie mogę obserwować... spoglądać ludziom w twarz... zachwycić się ptakami na tle wysokich bloków i błękitnego nieba... i jestem roześmiana... z poczuciem moje sukcesu...
Pubikowana treśc pochodzi z bloga sama - o sobie....
Brak komentarzy.