samotność, randki, samotni

StrefaAktywnych.pl - Portal dla Singli i Singielek. Jeśli jesteś Singielką lub Singlem, chcesz poznawać nowych znajomych i świetnie się bawić to znaczy, że dobrze trafiłeś. Nasz portal to nie jest serwis randkowy, ani biuro matrymonialne, nie chcemy też tworzyć par na siłę. Organizujemy: wakacje, imprezy, wczasy dla singli oraz wyjazdy dla singli na narty, majówkę i sylwestra. Single i oferty dla singli na wysokim poziomie!

StrefaAktywnych.pl Aktykuły Podróże Wiosna. Czas głupstewek. Miłostek. I miłości.

Wiosna. Czas głupstewek. Miłostek. I miłości.

Wiosna. Czas głupstewek. Miłostek. I miłości. Czas, gdy jedno serce bije raźniej tylko we wspólnym rytmie z innym sercem. I muszą wybijać tą samą melodię -- miłość.


A gdyby tak wymyślono szczepionkę na miłość. To znaczy: przeciw miłości... O ile prostsze by było nasze życie singli? Weź pigułkę i jesteś bezpieczny. Ty decydujesz, kiedy się zakochać. I nie boli jak się nie uda

Tydzień temu się zakochałem. Po prostu siekło mnie dogłębnie. Mocno. Bez pardonu. Jak rzadko kiedy w moim życiu. Zazwyczaj twardo stąpam po ziemi i ciężko mi zaufać emocjom. Ciężko mi poddać się wsysającej sile wiru miłości. A tu.... zanurkowałem z ochotą na niebotyczną głębokość. Cały mój umysł się poddał. Całe serce zabiło. "Czyżbym Cię znalazł" piało z zachwytu moje ciało każdym włóknem i nerwem wibrującem...

Sami dobrze wiecie jak trudno jest spotykać się w normalne, robocze, dni? A jeszcze jak mieszka się od siebie kawałek większy niż 30-40 minut jazdy samochodem? No sami powiedzcie -przecież to praktycznie niemożliwe. Tak więc, z Panią Mojego Serca, umówiliśmy się na weekend.
Cały tydzień myślałem nad czymś ekstra. Co będzie godne takiej okazji, takiej osoby, takiej niezwykłej sytuacji? Kazimierz? Białowieża? Toruń? Przecież to tylko kilka godzin jazdy samochodem. I można rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać..
A po przybyciu -jest tam tyle romantycznych miejsc na kolację przy świecach (kiedyś niektóre z nich Wam opiszę)
Niestety dwoje moich największych wrogów zjednoczyło się w tą sobotę. Zła pogoda i brak czasu. No cóż ? będzie improwizacja. Coś blisko Warszawy? Coś interesującego? Coś co może stworzy romantyczną atmosferę i nastrój który nas poniesie? (nie, nie ? jeszcze nie teraz ? jeszcze nie kupiłem pierścionka ;-))?
I wymyśliłem ? Czersk!
Jest całkiem niedaleko od Warszawy. Jedzie się ul. Puławską na południe przez Górę Kalwarię. Ciężka trasa. Słaba nawierzchnia. Dużo samochodów. Więc ja zazwyczaj jadę inaczej ? dookoła - Wałem Miedzeszyńskim. Tam jest fajnie: całkiem dobra trasa i nowa nawierzchnia. Nie za dużo świateł. A odkąd wyremontowali obwodnicę na Grójec -wręcz miodzio!
A więc jedziemy Wałem Miedzeszyńskim! Za Otwockiem zaczyna się całkiem przyjemny odcineczek. Można spokojnie jechać -szeroko, prosto i znacznie mniej aut. Znaczy się, że znaczna ich część na Otwock skręciła.
Po dojechaniu do ronda skręcamy w prawo i jedziemy w stronę Góry Kalwarii. Jak mamy szczęście to jedziemy za osobówkami. Jak nie -leci przed nami tir. Ale to tylko 10-15 minut. Idzie wytrzymać.
Po przejechaniu mostu (może za 1000 m a może za więcej) jest rondo. Ciężarówki lecą prosto -na Grójec. A my skręcimy na rondzie w lewo - na Kozienice.
Za tym rondem nie warto się rozpędzać. Jesteśmy na terenie zabudowanym i dosłownie za chwilę będzie skręt w lewo. Wiec spokojnie ? pamiętajcie, że Wujek Dobra Rada zawsze mówił: -Najważniejsze to dojechać do celu w jednym kawałku-. No wiec zalecam spokój i rozwagę ;-)
Kiedy wjedziemy na rynek Czerska trzeba gdzieś zaparkować auto i dalej pójść pieszo. Ale zamek od razu widać. A raczej to co z niego zostało. Kierunek widoczny? Więc zapraszam!
Zanim dojdziemy do zamku warto rzucić okiem na kościół, obok którego przechodzimy. Sympatyczny i, jak zawsze, z zewnątrz wygląda na całkiem większy niż jest w środku. Kościół zazwyczaj ma otwarte drzwi, ale wejść możemy tylko do przedsionka. Dalej jest krata, przez którą pozwalamy sobie na rzucik okiem do wnętrza. Ale warto też ten rzut okiem na historie tego kościoła wykonać. Wykaligrafowana wisi po lewej od wejścia (przed kratą).
Zamek czeka. A więc proszę wycieczki: hajda na zamek!
Wejście kosztuje 4 zł. Znam takie jedno ?lewe? za darmo. Ale nie zapominajmy, że po pierwsze jestem z damą a po drugie -ej, czy to nie wstyd na zabytek nie złożyć cegiełki!-
No! Wiec wykładamy grzecznie kasiorę w kasie, ok.?
Skoro dokonaliśmy tego drobnego, acz chwalebnego, czynu to mamy pełne prawo ruszyć na spotkanie z romantycznymi ruinami.
Przechodzimy przez kamienno-ceglany most nad fosą. Teraz jest ona sucha. Ale za czasów świetności? kto wie, kto wie... Pewnie było pełno wody.
Przechodzimy przez mostek i wkraczamy do bramy pod kwadratową wieżą. Stop! Po prawej historia do przeczytania. No bo chyba nie chcecie abym Wam pisał, że zamek stoi na sztucznej skarpie? Że początki sięgają prawdopodobnie XI w? Że zamek był stolicą książąt mazowieckich? Że tylko niezbadanym wyrokom Boskim i siłom natury zawdzięczamy, że miasto Czersk podupadło (wszystkiemu winna Wisła- odskoczyła od Czerska na jakieś 3 km i to był początek końca świetności miasta ? stolicy książąt mazowieckich; w roku 1408 Janusz I Starszy przeniósł swoją siedzibę do niedalekiej, małej, nadwiślańskie mieścinki do Warszawy i tak już zostało po wsze czasy!). Że, jak zwykle w Polsce, Szwedy wycofując się wysadzili zamek? No chyba nie muszę Wam tego pisać ? sami przeczytacie!
A po uważnej lekturze zapraszam dalej. Bez niej też proszę bardzo, chociaż wstyd mi trochę za tych, co nie przeczytali.
Co warto zobaczyć? Warto wspiąć się na wieże. Z tej okrąglej, po lewej od wejścia, roztacza się niesamowity widok na sady i pola wsi mazowieckiej. Aż po horyzont. Z kwadratowej (tej nad wejściem) też coś nieco widać. Ale mniej.
A my, po zwiedzeniu wieży okrągłej (Dama Mojego Serca na szczęście nie była na szpilkach ani w miniówie) siedliśmy sobie na ławeczce od strony południowej (tam gdzie mur jest zburzony do fundamentów) i patrzyliśmy na horyzont. I na balet chmur. I śledziliśmy jak plamy słońca oświetlały kępki drzew zazielenionych pierwszą, soczystą, wiosenną zielenią. Szkoda, że Państwo tego nie widzieliście!
A na tej ławeczce?. ileż całusów udało mi się skraść! A ile dostałem po dobroci! A ile mi skradziono! Tego akurat dobrze, że Państwo nie widzieliście ;-).
Po skończonym przedstawieniu -Światło, Chmury i Wiatr- (sami zdecydowaliśmy, kiedy jest koniec) trzeba było się gdzieś ogrzać. I nie był bym sobą gdybym nie opowiedział Wam, z czystego kronikarskiego poczucia obowiązku, o kilku miejscach wartych, lub nie, odwiedzenia.
Zacznijmy od -negatywu-. Na pewno nie warto jechać do Baru pod Strusiem. Odradzam. Wierzcie mi, że naprawdę nie warto. I basta!
A teraz -pozytyw-. Pominę karczmę na rynku czy sklepik spożywczy (chociaż zdarzało się, że za cały wystawny obiad robiła pajda chleba i topiony serek z tego sklepu). Opowiem Wam o miejscu zaczarowanym. Miejscu tajemniczym i cudem przeniesionym z odległej krainy!
Pamiętacie jak jechaliśmy w stronę zamku? Nic Wam wtedy nie mówiłem, aby tylko zamek jak najszybciej obejrzeć (a nuż Wisła by wróciła na stare koryto a was by tam nie było... głupia sprawa, co?). Ale po drodze pewnie zwróciliście uwagę na piękny, żółty, baner nad drogą rozpostarty ? Villa Czersk. To właśnie tu!
Willa jest po prawej (jak się jedzie z Czerska) ale parking ma po lewej. I tam można zostawić Waszego Kochanego Pojazda. Ja tak zrobiłem. Zaparkowałem swoją Pieszczoszkę między innymi pysznymi autami. Na szczęście było miejsce!
Do tej Villi to ja nigdy nie miałem szczęścia. Zawsze w sobotę jest jakieś wesele. Wiec dla przypadkowych gości niestety nie ma miejsca. Ale na szczęście Pani Właścicielka (wspaniała, piękna kobieta!) znalazła dla nas stolik na werandzie pod ogrzewaczem gazowym. Ale, ale ? nie uprzedzajmy faktów.
Do Villi z parkingu schodzi się stromym podjazdem. Podjazdem wyłożonym pięknym, białym kamieniem. Jeśli jest ślisko a ktoś z Waszego towarzystwa jest na dodatek na szpilkach no sami wiecie chyba Wam nie muszę mówić co trzeba zrobić. Mniejsza o prawdopodobnie rozbite kolana -rajstopy mogłyby się podrzeć a to skutecznie kwasi humor nawet najbardziej pogodnej kobiety!
Wejście do Villi jest zaiście włoskie w stylu. Duże, ciężkie z pozoru, drzwi. A za nimi... A za nimi bajka!
Pani Właścicielka szybko znalazła dla nas stolik (a pogoda była tak, że za filiżankę herbaty oddał bym pół świata!) i zabrała nasze kurtki do szafy. Żadna tam szatnia -szafa!
Wnętrze restauracji jest urządzone bajkowo i stylowo. Villa. Prawdziwa włoska villa. Lekko dystyngowana. Elegancka i solidna. Nastrojowa. Obiecująca. Romantyczna.
Brakuje tylko Królowej Bony (a swoją drogą to ciekawe czy Królowa, kiedy w zamierzchłych czasach władała tą krainą, bywała w tej Villi? żartuję sobie jak mi wyjaśniła Pani Właścicielka Villa jest obiektem młodym -nie ma chyba nawet 5 lat! Choć fundamenty są starsze. Mimo to Bony nie pamiętają!)
Przyszedł kelner. Trochę mało komunikatywny, ale nic to. Przyniósł kartę. Pięknie oprawioną, z dobrze dobranym menu. Nie przeładowanym, nie przekombinowanym.
Dama Mojego Serca wybrała chyba najbardziej ekskluzywną potrawę jaka była w karcie - stek z tuńczyka. Dobra nasza ? sprawdzimy jak im idzie gotowanie. Jeśli tak jak pisanie to będzie super. Tak, to będzie dobry test ich umiejętności. Ja zadowoliłem się zupą (czy ktoś wie co to jest zupa ?Twarzowa??) i ravioli z łososiem w sosie z porów i czegoś tam. I herbata! Duże dzbanki herbaty. Co prawda z kelnera trzeba było wyciągnąć jaką mają herbatę ale poszło nam sprawnie ? Pani wzięła herbatę zwyczajną, czarną a ja pozwoliłem sobie na drobną fanaberię ? herbatę karmelową.
Siedliśmy, tak jak wspomniałem, na werandzie. Dookoła szalał zimny wiatr i lekko kropiło. Pogoda pod psem. Na szczęście weranda była uszczelniona plastikowymi kurtynami więc prawie w zaciszy, pod bijącym ciepełkiem z grzybka, patrzyliśmy szczęśliwi to na dwór to na siebie. Fantastyczne miejsce na romantyczny lunch (pierwsze słyszę o romantycznym lunchu ... mhmmmm czyżbym wymyślił coś nowego?). Z każdą chwilą, każdym spojrzeniem czułem, że poddaję się magii miejsca i Mojej Pani.
Podano zupę. Okazało się, że zupa ?Twarzowa? to świetna (naprawdę świetna!|) zupa z owoców morza. Pierwsze wrażenie niesamowite ? wjechał talerz a nim mule i piekny, czerwony, rak! Szybko przebiłem się przez pierwszy ostrokół otwartych muszelek. Zaczerpnąłem zupy. Parującą łyżkę podniosłem do ust. Buchający aromat zupy był wielce obiecujący. Czuło się zapowiedź smaku muli. Jakaś niedopowiedziana nutka warzyw. A wszystko to podane niezwykle elegancko i zachęcająco. Nawet bułeczki były, a jakże! Na pięknej srebrnej tacy przykrytej śnieżnobiałą serwetką.
Smak zupy z każdą chwilą wciągał mnie coraz bardziej. Nie była za ostra (może przydało by się troszeczkę podostrzyć?). Może odrobinę za chłodna (ale jak wiadomo potrawy na tarasie w złą pogodę szybko tracą ciepłotę ? tak jak my!). I dostarczała mnóstwo zabawy ? wydłubywanie małży z muszelek, dobranie się do raka.
Niestety ? szybko się skończyła. W tym czasie Pan Kelner dowiedział się jak bardzo ma być wysmażony stek. Kiedy ja kończyłem zupę kucharz doprawiał ostatnimi szczyptami magii i czegoś tam nasze drugie dania. I prawie błyskawicznie wjechały na stół po uprzątnięciu pustego talerza po zupie (szkoda, że wylizanie talerza jest skrajnie nie eleganckie ...)
Ravioli? Moje ravioli. Z łososiem i sosem porowo-jakimś tam. Pierwszy kęs i ... zrozumiałem to co widziałem na filmie ?Ratatuj?! Eksplozja fajerwerków smaku rozjaśniła najdalszy zakątek mojego JA. Oszałamiający, lekki smak sosu. Doskonale doprawione nadzienie łososiowe. Wszystko lekkie, harmonijne, aksamitne. Odpłynąłem. Na szczęście nie za daleko bo Pani Mojego Serca była tuż obok i, choć zazwyczaj przy jedzeniu nie mam takich obiekcji, to głupio tak damę samą zostawić. Nawet dla boskich ravioli!
Pani Mojego Serca otrzymała wielki talerz a na nim bukiet warzyw na parze (chyba królowały brokuły ale? no nie pamiętam ? ravioli, boskie ravioli!). I stek z tuńczyka. Niestety ? tuńczyk był za bardzo wysmażony. Z wyglądu mało atrakcyjny ? po potraktowaniu go widelcem (dodam tylko, że podano prawdziwe sztućce do ryb!) rozwarstwiał się i rozsypywał. W smaku ? był bardzo dobrze doprawiony ale troszeczkę za suchy.
Moje ravioli zniknęło w oszałamiającym tempie (ale od razu zastrzegam ? jadłem elegancko i powoli). Pani Mojego Serca troszeczkę się pomęczyła i ... nie zmogła dania. Zastawa z resztkami odjechała do kuchni. A na stole rozgościły się dzbanuszki z herbatą.
Rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Nalałem herbaty. Jej delikatny aromat stanowił doskonałe dopełnienie wspomnienia ravioli. Gaworząc miło rozkoszowaliśmy się ciepłą herbatą i szarugą na dworze. Znacie to uczucie kiedy widać przez okna szalejący wiatr a my siedzimy z filiżanką herbaty, kawy czy czekolady i jest nam dobrze? Tak i nam było! A z braku innych ważnych spraw dyskutowaliśmy o niezwykłości podanych czajniczków. Ich niezwykłość polegała na ... niekapaniu! Kropla po zakończeniu nalewania w jakiś cudowny sposób była zatrzymywana przez specjalne wyżłobienie dzióbka. Fascynujące prostotą i przemyślnością. A do tego ten błogostan.

Wszystko dobre szybko się kończy. Nasz pobyt w Villi też kiedyś musiał się skończyć. Po uregulowaniu niewygórowanego (jak na lokal tej klasy!) rachunku odpłynęliśmy w stronę parkingu i mojej Pieszczoszki. A ona poniosła nas w dal ? do Warszawy.

Zacząłem to opowiadanie od wiosny i miłości. Zapewne wielu z Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, zastanawiacie się jak potoczyły się dalsze losy mojego szczęścia. Otóż pragnę Was uspokoić ? wieczorem, po tak wspaniałym dniu, pod błahym pretekstem posprzeczaliśmy się z Damą Mojego Serca i ... wróciłem na łono naszej społeczności. Znów jestem Wasz ? singiel! Choć, powiem w Wam sekrecie, że trochę mi szkoda...Tylko nie mówcie nikomu!


komentarz

2008-09-20, okruszek

A tak ładnie się zaczęło..

Witaj, przeczytalam Twoją wykwintną smakowo, wzruszającą opowieść.Myślę że dobrze Cię rozumieć, wiem co to totalne zauroczenie. Takowe miało trzy razy miejsce w moim życiu.Jedno znich śmało mogę nazwać "zakochaniem" , niestety po drugiej stronie była tylko fascynacja.
Owocem tak silnych uczuć, i emocji pozostał wiersz. Wiersz pisany nie przeze mnie, lecz przez moje emocje, a one sięgały zenitu.Nigdy wcześniej nie podejrzewałam, że coś takiego może powstać w mojej głowie.
Szkoda, że Twoja miłość się nie ziściła,jesteś romantycznym mężczyzną.
Ale chyba ze zbyt dużą nutką realizmu...
Pozdrawiam Okruszek

2010-12-03, gość

jak ja bym chciała aby ktoś w końcu wynalazł taka szczepionkę,jedno malutkie ukłucie i po bólu...
wspaniale opisane,przeczytałam jednym tchem:)


Realizacja Let's Rock!